a właściwie o taksówkarzach ...
Ale najpierw kilka faktów, żeby wtrącić choć trochę, poszukiwanych jak się okazuje, informacji.
Taksówki w Jordanii są tanie. Za przejechanie w mieście dystansu, za który w Polsce uiścimy dwadzieścia pięć złotych, w Jordanii zapłacimy złotych pięć, czyli około jednego dinara. W stolicy stawka jest, jeśli się dobrze orientuję, około 50% większa, a to i tak ogromna różnica w stosunku do cen w Polsce. Wiem, że taksówkarze lubią zarobić na turystach, przynajmniej podwajając te stawki, ale wiem też od pewnego czytelnika (dziękuję Panie G. i rodzino i pozdrawiam serdecznie!), że za kurs z Aqaby do Morza Martwego i z powrotem, z postojami po drodze, można zapłacić 100USD. Zważywszy, że to w obie strony odległość około 400 kilometrów, to stawka, z punktu widzenia europejczyka, jest naprawdę śmiesznie niska.
Z Lotniska w Amman do Irbed, lub mówiąc ogólniej w rejon północnej Jordanii, jest 120 km, za przejechanie których taksówkarz zaśpiewa pewnie około 50 dinarów, tj około 250 złotych. I nawet jeśli nie jest to porażająca kwota, to tubylec zapłaci w okolicach jej połowy, więc mając tę świadomość, warto a wręcz należy się potargować.
Na trasie do rodziny za miastem zapłaciliśmy 7 dinarów, a jest to odległość około 20-25 kilometrów jazdy serpentynami. Tanio.
W Jordanii bardzo wielu ludzi korzysta z taksówek i jest ich tutaj naprawdę dużo, a niełatwo je przegapić, ponieważ - na styl nowojorski - są zawsze i bezwzględnie w kolorze żółtym, choć może czasami nieco spłowiałym (nie mylić z "taksówkami" w kolorze kremowym lub białym - to są tzw. "service" i funkcjonują na innych zasadach niż taksówki, trochę podobnie do minibusów). To kolejny amerykański akcent w Jordanii, o którym nie wspomniałam w wywiadzie.
Zawsze trzeba ustalić kwotę za kurs przed trasą, w innym przypadku możemy być niemile zaskoczeni. Dowiezieni na miejsce zapłacić musimy, lecz na targowanie się może być już trochę za późno.
W taksówkach bywają taksometry (nie mam pojęcia czy są obligatoryjne), ale wielu taksówkarzy albo ich nie włącza, albo nie zwraca uwagi na to, co naliczyły, więc i my nie powinniśmy się na tym nadmiernie koncentrować.
Jordańskie taksówki i taksówkarze to także, o czym się ostatnio przekonuję, źródło różnych niezapomnianych ... nie, no może nie niezapomnianych, ale na pewno barwnych wrażeń. Choć wydaje mi się, że ogólnie taksówkarze są jak fryzjerzy/fryzjerki - sytuacja aż prosi się o dialog i zawsze można się czegoś ciekawego od nich dowiedzieć, porozmawiać albo poopowiadać o sobie. Mi jako kobiecie, muzułmance, żonie Jordańczyka i matce dziecku - nie wypada w taksówce puścić pary z ust, ale za to obserwować i słuchać mogę do woli.
Poruszamy się w zasadzie w granicach jednego miasta, więc są to krótkie trasy, a jednak niektóre z nich zapewniają mi niecodzienne atrakcje i obfitują w nowe doświadczenia. Jak dotąd te najciekawsze, wyglądają tak:
Pierwsza taksówka, jaką mieliśmy wyruszyć na podbój miasta, kazała długo na siebie czekać. I nie dlatego, że ją zamówiliśmy i długo nie docierała, ponieważ nie istnieje u nas instytucja radio-taxi, ale dlatego, że, gdy nie potrzebujesz taksówki, przejeżdżają ich koło ciebie dziesiątki, a jeśli potrzebujesz - żadna. Typowe.
I nie byłoby w tym oczekiwaniu nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że była godzina 19:00, było potwornie jak na Jordanię zimno, wiało chyba z 500 km na godzinę, a w końcu złowrogo zagrzmiało i nastąpiło oberwanie chmury, po tym jak przez tydzień nie spadła ani jedna kropla deszczu, a ja nie wystawiłam nosa za drzwi. Typowe.
Kiedy wreszcie podjechała taksówka, od jej tylnych drzwi dzieliła mnie wielka, głęboka kałuża. Nie wiedziałam jak głęboka, ale ulica, zważywszy, że teren jest tu mocno pochyły, naprawdę płynęła, my staliśmy w miejscu, gdzie teren był akurat prosty, ale naznaczony krzywiznami, więc wody nagromadzić musiało się sporo, a ja miałam na sobie buty z wyciętymi przodami (by nie użyć słowa "noskami"). No przecież nie pełne, chociaż ponad tydzień wcześniej stopy gotowały mi się w kozakach z prawdziwej skóry z 2002 roku, które ubieram od wielkiego dzwona (i dlatego tak długo mam je w nienaruszonym stanie), ponieważ wtedy miał według meteorologów spaść śnieg. Nie spadł ani śnieg, ani deszcz, a na kozaki było zdecydowanie jednak za ciepło, za to akurat wtedy, gdy lało, miałam na sobie klapki na obcasie. Typowe.
A więc kiedy taksówka stanęła w wyżej opisanym miejscu, machnęłam zamaszyście ręką, by dać taksówkarzowi do zrozumienia, żeby przejechał nieco do przodu. Widocznie oznacza to tutaj coś innego, ponieważ taksówkarz odjechał, a mąż popatrzył na mnie spojrzeniem znaczącym mniej więcej tyle co: "coś ty najlepszego zrobiła kobieto!?". Taksówka zawróciła na rondzie i, gdy wracała drugą stroną ulicy, mój maż zrobił coś czym ogromnie mi zaimponował: zagwizdał na nią przy użyciu dwóch palców. Zaimponował mi, bo nigdy nie opanowałam tej sztuki, a zawsze bardzo chciałam (podobnie jak nigdy nie nauczyłam się bekać na zawołanie, mimo wielu instrukcji i prób) i pomyślałam, że jednak jeszcze nie wszystko wiem o swoim mężu, co w tym przypadku akurat mi się spodobało.
Taksówkarz zawrócił na pierwszej wysepce, podjechał i zatrzymał się w dokładnie tym samym miejscu, ponieważ z przejęcia nie przyszło nam do głowy, by zrobić choćby klika kroków w tył lub w przód. Nie chciałam ryzykować, że znowu go przegonię, więc wzięłam zmokniętego Ammara na ręce i przeszłam, brodząc po kostki, przez kałużę. Bawialnię i zakupy zaliczyliśmy zmarznięci i wyglądający jak zmokłe kury (czy kaczki?), ja dodatkowo znacząc teren śladami wody wyciskanej przy każdym kroku z butów.
Ale najpierw kilka faktów, żeby wtrącić choć trochę, poszukiwanych jak się okazuje, informacji.
Taksówki w Jordanii są tanie. Za przejechanie w mieście dystansu, za który w Polsce uiścimy dwadzieścia pięć złotych, w Jordanii zapłacimy złotych pięć, czyli około jednego dinara. W stolicy stawka jest, jeśli się dobrze orientuję, około 50% większa, a to i tak ogromna różnica w stosunku do cen w Polsce. Wiem, że taksówkarze lubią zarobić na turystach, przynajmniej podwajając te stawki, ale wiem też od pewnego czytelnika (dziękuję Panie G. i rodzino i pozdrawiam serdecznie!), że za kurs z Aqaby do Morza Martwego i z powrotem, z postojami po drodze, można zapłacić 100USD. Zważywszy, że to w obie strony odległość około 400 kilometrów, to stawka, z punktu widzenia europejczyka, jest naprawdę śmiesznie niska.
Z Lotniska w Amman do Irbed, lub mówiąc ogólniej w rejon północnej Jordanii, jest 120 km, za przejechanie których taksówkarz zaśpiewa pewnie około 50 dinarów, tj około 250 złotych. I nawet jeśli nie jest to porażająca kwota, to tubylec zapłaci w okolicach jej połowy, więc mając tę świadomość, warto a wręcz należy się potargować.
Na trasie do rodziny za miastem zapłaciliśmy 7 dinarów, a jest to odległość około 20-25 kilometrów jazdy serpentynami. Tanio.
W Jordanii bardzo wielu ludzi korzysta z taksówek i jest ich tutaj naprawdę dużo, a niełatwo je przegapić, ponieważ - na styl nowojorski - są zawsze i bezwzględnie w kolorze żółtym, choć może czasami nieco spłowiałym (nie mylić z "taksówkami" w kolorze kremowym lub białym - to są tzw. "service" i funkcjonują na innych zasadach niż taksówki, trochę podobnie do minibusów). To kolejny amerykański akcent w Jordanii, o którym nie wspomniałam w wywiadzie.
Zawsze trzeba ustalić kwotę za kurs przed trasą, w innym przypadku możemy być niemile zaskoczeni. Dowiezieni na miejsce zapłacić musimy, lecz na targowanie się może być już trochę za późno.
W taksówkach bywają taksometry (nie mam pojęcia czy są obligatoryjne), ale wielu taksówkarzy albo ich nie włącza, albo nie zwraca uwagi na to, co naliczyły, więc i my nie powinniśmy się na tym nadmiernie koncentrować.
Jordańskie taksówki i taksówkarze to także, o czym się ostatnio przekonuję, źródło różnych niezapomnianych ... nie, no może nie niezapomnianych, ale na pewno barwnych wrażeń. Choć wydaje mi się, że ogólnie taksówkarze są jak fryzjerzy/fryzjerki - sytuacja aż prosi się o dialog i zawsze można się czegoś ciekawego od nich dowiedzieć, porozmawiać albo poopowiadać o sobie. Mi jako kobiecie, muzułmance, żonie Jordańczyka i matce dziecku - nie wypada w taksówce puścić pary z ust, ale za to obserwować i słuchać mogę do woli.
Poruszamy się w zasadzie w granicach jednego miasta, więc są to krótkie trasy, a jednak niektóre z nich zapewniają mi niecodzienne atrakcje i obfitują w nowe doświadczenia. Jak dotąd te najciekawsze, wyglądają tak:
Pierwsza taksówka, jaką mieliśmy wyruszyć na podbój miasta, kazała długo na siebie czekać. I nie dlatego, że ją zamówiliśmy i długo nie docierała, ponieważ nie istnieje u nas instytucja radio-taxi, ale dlatego, że, gdy nie potrzebujesz taksówki, przejeżdżają ich koło ciebie dziesiątki, a jeśli potrzebujesz - żadna. Typowe.
I nie byłoby w tym oczekiwaniu nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że była godzina 19:00, było potwornie jak na Jordanię zimno, wiało chyba z 500 km na godzinę, a w końcu złowrogo zagrzmiało i nastąpiło oberwanie chmury, po tym jak przez tydzień nie spadła ani jedna kropla deszczu, a ja nie wystawiłam nosa za drzwi. Typowe.
Kiedy wreszcie podjechała taksówka, od jej tylnych drzwi dzieliła mnie wielka, głęboka kałuża. Nie wiedziałam jak głęboka, ale ulica, zważywszy, że teren jest tu mocno pochyły, naprawdę płynęła, my staliśmy w miejscu, gdzie teren był akurat prosty, ale naznaczony krzywiznami, więc wody nagromadzić musiało się sporo, a ja miałam na sobie buty z wyciętymi przodami (by nie użyć słowa "noskami"). No przecież nie pełne, chociaż ponad tydzień wcześniej stopy gotowały mi się w kozakach z prawdziwej skóry z 2002 roku, które ubieram od wielkiego dzwona (i dlatego tak długo mam je w nienaruszonym stanie), ponieważ wtedy miał według meteorologów spaść śnieg. Nie spadł ani śnieg, ani deszcz, a na kozaki było zdecydowanie jednak za ciepło, za to akurat wtedy, gdy lało, miałam na sobie klapki na obcasie. Typowe.
A więc kiedy taksówka stanęła w wyżej opisanym miejscu, machnęłam zamaszyście ręką, by dać taksówkarzowi do zrozumienia, żeby przejechał nieco do przodu. Widocznie oznacza to tutaj coś innego, ponieważ taksówkarz odjechał, a mąż popatrzył na mnie spojrzeniem znaczącym mniej więcej tyle co: "coś ty najlepszego zrobiła kobieto!?". Taksówka zawróciła na rondzie i, gdy wracała drugą stroną ulicy, mój maż zrobił coś czym ogromnie mi zaimponował: zagwizdał na nią przy użyciu dwóch palców. Zaimponował mi, bo nigdy nie opanowałam tej sztuki, a zawsze bardzo chciałam (podobnie jak nigdy nie nauczyłam się bekać na zawołanie, mimo wielu instrukcji i prób) i pomyślałam, że jednak jeszcze nie wszystko wiem o swoim mężu, co w tym przypadku akurat mi się spodobało.
Taksówkarz zawrócił na pierwszej wysepce, podjechał i zatrzymał się w dokładnie tym samym miejscu, ponieważ z przejęcia nie przyszło nam do głowy, by zrobić choćby klika kroków w tył lub w przód. Nie chciałam ryzykować, że znowu go przegonię, więc wzięłam zmokniętego Ammara na ręce i przeszłam, brodząc po kostki, przez kałużę. Bawialnię i zakupy zaliczyliśmy zmarznięci i wyglądający jak zmokłe kury (czy kaczki?), ja dodatkowo znacząc teren śladami wody wyciskanej przy każdym kroku z butów.
* * *
Kolejny taksówkarz był chyba starym hipisem, który pod każdym względem zatrzymał się w tamtej epoce. W Jordanii niezwykle rzadko widuje się mężczyzn z długimi włosami, w ogóle subkultury, przynajmniej pozornie, wydają się nie istnieć, więc na widok mężczyzny dość słusznego wieku z długimi do ramion włosami i z nieschodzącym z twarzy błogim uśmiechem, zrobiło mi się bardzo swojsko; Przeto sama, nastolatką będąc, określałam siebie mianem hipiski (do jakiejś subkultury wypadało należeć a ta moda i przesłanie - peace peace peace - bardzo mi odpowiadały), co podkreślałam długimi włosami z przedziałkiem na środku głowy, dzwonami o promieniu pięćdziesiąt centymetrów, kierunkiem preferencji muzycznych, no i oczywiście pokojowym nastawieniem do ludzi i do świata.
Pan nie tylko wyglądał jak stary hipis w okularach à la John Lennon i z nieschodzącym z twarzy przyjaznym uśmiechem, ale cechowało go też typowe dla tej subkultury nieprzywiązywanie wagi do wartości materialnych, co odkryłam, gdy tylko zasiedliśmy z Ammarem na tylnym siedzeniu taksówki i razem z podstawą siedzenia wyjechaliśmy długim ruchem do przodu; Taksówka była rozklekotana, ozdobiona nieskończoną ilością wisiorów i korali, a siedzenie nie było przymocowane, dlatego przez całą drogę do domu jeździliśmy (mężczyzna siada tutaj zawsze z przodu, kobieta z dzieckiem/dziećmi - z tyłu pojazdu) to do przodu przy hamowaniu, to do tyłu przy starcie, ku oczywistej radości małego. Brakowało jeszcze tylko stosownego podkładu muzycznego.
Na koniec kursu jak na hipisa przystało, choć jest to oczywiście tylko moja zabawa w skojarzenia, taksówkarz zapytany: "ile?", z rozbrajającym uśmiechem odparł, że "nic". W tym momencie nabrałam podejrzeń, że może rzeczywiście jest hipisem i w dodatku na haju, ale postanowiłam tego nie drążyć i opuściłam pokład przyjaznej, wesołej taksówki. Mąż zapłacił tyle, ile tradycyjnie należy się za taki kurs, zostawiając pieniądze na przednim siedzeniu samochodu, bo stary hipis szedł w zaparte i nie chciał przyjąć od niego pieniędzy.
* * *
Jeszcze inny taksówkarz, o którym warto wspomnieć, zawiózł nas pod szkołę teakwondo, do której chodzi Ammar, poczekał, aż odstawimy dziecko i wrócimy i ruszył z nami w stronę suku, gdzie musieliśmy niezwłocznie coś załatwić.
Godziny szczytu, korki straszne, taksówkarz, starszy pan, trąbił jak opętany, przeciskał się mijając inne samochody w odległości kilku milimetrów, a w pewnym momencie zaklął tak siarczyście, że nawet ja byłam zaskoczona. Nie, nie, zasłyszane przekleństwa nie wywołują we mnie (co jest pewnie skandaliczne) zgorszenia, ale zdziwiłam się - znając tutejsze normy w tym zakresie - że tak przy "madame" sobie pozwolił.
Obserwowałam pilnie męża i już wiedziałam, że mam rację: facet przesadził. Mój mąż, który jak na Jordańczyka przystało, sam nie przebiera w słowach (ale tylko w obecności osób, przy których wypada, choć wiadomo, że w ogóle nie wypada, co wypada mi napisać) i powiedzenie klnie jak szewc należałoby zamienić na klnie jak Jordańczyk, patrząc przed siebie zamilkł w pół zdania, a następnie wbił w taksówkarza świdrujące spojrzenie spode łba. Ten obrócił do niego głowę i zapytał: "tak? coś się stało?" Mąż chrząknął i rzekł złowrogim tonem wspomaganym siłą swojego basu: "kobieta w samochodzie!"
Mężczyzna zaniemówił, spąsowiał, wbił się w siedzenie, zmalał, zwolnił, zerknął do tyłu kątem oka, spojrzał na męża i jąkając się zaczął przepraszać, prosić o wybaczenie i tłumaczyć, że mnie w ogóle nie zauważył. Czyżbym była taka szczupła? - pomyślałam z radością. Nie, pewnie zlałam się z kolorem siedzenia taksówki, niestety. Mąż powiedział tylko sucho: "Jedź wujku, mamy mało czasu".
Musiałam bardzo nad sobą panować, żeby nie wybuchnąć głośnym śmiechem, ponieważ jak przystało na prawdziwą kobietę i muzułmankę w dodatku, powinnam była z pewnością dostawać globusa i omdlewać w świętym oburzeniu, a jednak cała sytuacja niezmiernie mnie bawiła. Dusząc śmiech i udając, że szukam czegoś w torebce, wrzuciłam swoje rozbawione spojrzenie w jej przepadziste czeluście, bo chociaż odsłonięte mam tylko oczy, to widać po nich doskonale, gdy się śmieję.
Mąż do końca kursu zachował marsowe oblicze (brak takowego albo w ogóle brak reakcji z jego strony, oznaczałby - w tutejszym rozumowaniu - brak szacunku do mnie), a gdy dotarliśmy na miejsce i wyciągnął doń pieniądze, kierowca odsunął jego rękę i wznosząc oczy ku sufitowi taksówki (znaczy ku niebu) mówił, co mniej więcej znaczy: oby Allah mi wybaczył, oby Allah mi wybaczył! I pieniędzy naprawdę biedak nie przyjął.
Godziny szczytu, korki straszne, taksówkarz, starszy pan, trąbił jak opętany, przeciskał się mijając inne samochody w odległości kilku milimetrów, a w pewnym momencie zaklął tak siarczyście, że nawet ja byłam zaskoczona. Nie, nie, zasłyszane przekleństwa nie wywołują we mnie (co jest pewnie skandaliczne) zgorszenia, ale zdziwiłam się - znając tutejsze normy w tym zakresie - że tak przy "madame" sobie pozwolił.
Obserwowałam pilnie męża i już wiedziałam, że mam rację: facet przesadził. Mój mąż, który jak na Jordańczyka przystało, sam nie przebiera w słowach (ale tylko w obecności osób, przy których wypada, choć wiadomo, że w ogóle nie wypada, co wypada mi napisać) i powiedzenie klnie jak szewc należałoby zamienić na klnie jak Jordańczyk, patrząc przed siebie zamilkł w pół zdania, a następnie wbił w taksówkarza świdrujące spojrzenie spode łba. Ten obrócił do niego głowę i zapytał: "tak? coś się stało?" Mąż chrząknął i rzekł złowrogim tonem wspomaganym siłą swojego basu: "kobieta w samochodzie!"
Mężczyzna zaniemówił, spąsowiał, wbił się w siedzenie, zmalał, zwolnił, zerknął do tyłu kątem oka, spojrzał na męża i jąkając się zaczął przepraszać, prosić o wybaczenie i tłumaczyć, że mnie w ogóle nie zauważył. Czyżbym była taka szczupła? - pomyślałam z radością. Nie, pewnie zlałam się z kolorem siedzenia taksówki, niestety. Mąż powiedział tylko sucho: "Jedź wujku, mamy mało czasu".
Musiałam bardzo nad sobą panować, żeby nie wybuchnąć głośnym śmiechem, ponieważ jak przystało na prawdziwą kobietę i muzułmankę w dodatku, powinnam była z pewnością dostawać globusa i omdlewać w świętym oburzeniu, a jednak cała sytuacja niezmiernie mnie bawiła. Dusząc śmiech i udając, że szukam czegoś w torebce, wrzuciłam swoje rozbawione spojrzenie w jej przepadziste czeluście, bo chociaż odsłonięte mam tylko oczy, to widać po nich doskonale, gdy się śmieję.
Mąż do końca kursu zachował marsowe oblicze (brak takowego albo w ogóle brak reakcji z jego strony, oznaczałby - w tutejszym rozumowaniu - brak szacunku do mnie), a gdy dotarliśmy na miejsce i wyciągnął doń pieniądze, kierowca odsunął jego rękę i wznosząc oczy ku sufitowi taksówki (znaczy ku niebu) mówił, co mniej więcej znaczy: oby Allah mi wybaczył, oby Allah mi wybaczył! I pieniędzy naprawdę biedak nie przyjął.
* * *
Ostatni taksówkarz, o którym warto wspomnieć, miał nowe, piękne, wychuchane i wymuskane auto, wypachnione tak bardzo jakimś, skądinąd przyjemnym, zapachem, że podrażnił moje przeziębione gardło i dostałam nieopanowanego ataku kaszlu. Tak bardzo mnie to żenowało, że próbując powstrzymać atak, dostałam kolejnego o zdwojonej sile.
Taksówkarz, nie przerywając jazdy, przechylił się w prawo, otwarł schowek i dobył z niego tabletki na ból gardła do ssania. Podał je mężowi i powiedział: "Podaj je madame. Pomogą". Mąż podał i rzeczywiście pomogły.
Chwilę później Ammarowi zaczęło cieknąć z nosa, prawdopodobnie pachnidło podrażniło mu śluzówki w innym rejonie, więc taksówkarz podał mu chusteczki higieniczne, znowu przechylił się w prawo i tym razem dobył ze schowka krople do nosa. Z oczywistych względów nie podzielił się nimi z Ammarem, ale powiedział do mojego męża: "Kup takie. Pomogą". Czyżby farmaceuta? Poza tym niewiele mówił i za kurs, mimo opieki medycznej i leków, wziął jak za standardowy kurs po mieście.
Taksówkarz, nie przerywając jazdy, przechylił się w prawo, otwarł schowek i dobył z niego tabletki na ból gardła do ssania. Podał je mężowi i powiedział: "Podaj je madame. Pomogą". Mąż podał i rzeczywiście pomogły.
Chwilę później Ammarowi zaczęło cieknąć z nosa, prawdopodobnie pachnidło podrażniło mu śluzówki w innym rejonie, więc taksówkarz podał mu chusteczki higieniczne, znowu przechylił się w prawo i tym razem dobył ze schowka krople do nosa. Z oczywistych względów nie podzielił się nimi z Ammarem, ale powiedział do mojego męża: "Kup takie. Pomogą". Czyżby farmaceuta? Poza tym niewiele mówił i za kurs, mimo opieki medycznej i leków, wziął jak za standardowy kurs po mieście.
* * *
Ponad to raczej bez większych zaskoczeń, może poza tym, że bardzo często na pytanie:
- ile za kurs?
taksówkarze odpowiadają:
- tyle ile chcesz ...
45 komentarzy:
Aj mamuśka,ale się uśmiałam..prawie mi łzy poleciały :)
Jak ja teraz żałuje że tak dawno nie jechałam Jordańską taksówką :)
Ten taksówkarz-farmaceuta to tak przygotowany i uzbrojony po zęby w leki, że chyba nie Wy jedni mieliście objawy alergii w jego taxi :)))
Nie wiem czemu (mimo tego wszystkiego, co piszesz) jakoś wypuściłam z głowy, że chodzisz tak ubrana. Dopiero teraz tak naprawdę to do mnie dotarło, kiedy wspomniałaś, że widać Ci tylko oczy.
I jeszcze jedno mnie przykuło - zdanie o tym, że wypadało być w jakiejś subkulturze. Kurczę, to ja pamiętam u siebie, że właśnie subkulturowcy byli dziwakami, którzy naruszali wiele zasad i odstawali. Wypadało ubierać się modnie i tak jak wszyscy - im więcej na ulicach klonów z wystawy, tym cudniej :))) I nie chodzi o gadanie starszych, tylko o modnisie-rówieśniczki. Ile ja się nasłuchałam o moim stroju! A o muzyce! Tyle, że ci, co tak pletli, nie wiedzieli o niej nic - prócz tego, że to wycie, długie kudły i niemodne. Preferencje muzyczne do dziś mi się nie zmieniły, bo naprawdę to czuję :)))
Mamo Ammara, to rzeczywiście ciekawe doświadczenie, taka jazda jordańską taksówką ;) Dziwię się właściwie, jak to się stało, że nie dostałaś ataku śmiechu jadąc na przemian w przód i w tył we wnętrzu hipisowskiej taksówki :) Chociaż z drugiej strony, pewnie nie było Ci specjalnie do śmiechu.
Pamiętam, jak kiedyś byłam wieziona starym, naprawdę starym polonezem i tylko modliłam się ukradkiem, żebyśmy cało dojechali. Dopiero po przyjeździe na miejsce mój mąż (wtedy jeszcze narzeczony) uświadomił mnie, że w podłodze tego poloneza były dziury i zastanawiał się, czy podłoga wytrzyma nasz ciężar, czy nie :) Wtedy się śmiałam, ale podczas jazdy wesoło mi nie było!
Wszystkiego dobrego, Mamo Ammara! Pozdrawiam z bardzo zaśnieżonego królewskiego miasta Krakowa :)
Bo Ty mamo Ammara - muzułmanka jak należy - masz poza przystającej jej powściągliwością - wesołą, polską duszę ;-).
Też nie umiem gwizdać na palcach i żałuję. Ale nie umiem wielu rzeczy i żyję. Pozdrawiam i życzę taksówek tanich i nie parkujących w kałużach. Mniej aromatycznych. I punktualnych. Zawsze "ciekawych"!
Mamo Ammara, dzięki za ten post o taksówkach. O jedno pytanie mniej na mojej "liście pytań do Mamy Ammara". Teraz wiem, że taksówki są tanie w Jordanii ale to targowanie!!:( Jak ja tego nie lubię i nie umiem!!!! Ale nie ma wyjścia, muszę trenować, do września jeszcze trochę czasu:)
Pozdrawiam ciepło, Ania
Ps. Uśmiałam się do łez. Lubię takie historie:)
Bardzo ciekawy post :) Może ja dodam odrobinkę od siebie z punktu widzenia turystki, która odwiedziła piękną Jordanię :)
Po pierwsze wydaję mi się, że najlepsza 'okazją taksówkową' jaką można złapać, to taksówkarz, który już danego dnia zrobił swój kurs, zarobił, a teraz wraca do domu. Nam udało się złapać takiego taksówkarza , który wracał do domu ( do Petry) z Ammanu i za kurs poprosił jedyne 20 dinarów.
Żeby nie było tak pięknie, to niestety trzeba przyznać, że taksówkarze próbują strasznie naciągać. Nie tylko podwajają stawki, ale też notorycznie wmawiają turystom, że transport publiczny kuleje i tylko na nich jesteśmy zdani. Naprawdę długo musiałam się nachodzić po Petrze, zanim spotkałam kogoś kto mi powiedział o której wyjeżdża autobus do Wadi Rum. Warto przy tym dodać, że prawdy nie chcą powiedzieć nie tylko taksówkarze , ale też reszta rdzennych mieszkańców. Każdy mówi, że autobusu nie ma, ale mogą załatwić taksówkę :) W samym Ammanie jest dużo łatwiej. Jeżeli w jednej taksówce kierowca jest niemiły i nie chce włączyć taksometru, zawsze można podziękować i znaleźć innego kierowcę. W Jordanii jest też dużo dobrych ludzi, którzy widząc turystę stojącego bezradnie przy drodze, oferują mu podwiezienie. Wiem, że ta wypowiedź jest trochę niespójna ( tu nie chcą mówić,o której są autobusy, ale oferują podwózki za darmo ??), ale takich właśnie kontrastów doświadczyłam :) To tak - jeszcze raz podkreślam- z punktu widzenia turystki :)Pozdrawiam serdecznie
:)) dobre dobre, chociaż szczerze zaskoczyłaś mnie opowieścią o hipisie. on był Jordańczykiem? nieźle. jakoś trudno mi to sobie wyobrazić heheh... historia z przeklinaniem też niezła :D szkoda, że kobietom nie wolno się śmiać głośno. jakże weselej by było :))
PS z dumą przyznam, że zarówno gwizdanie, jak i bekanie opanowałam do perfekcji. chociaż z tym drugim było chyba trudniej ;)
uściski!
Arabello, to się cieszę:).
A ja - wszystko na to wskazuje - jeszcze trochę sobie pojeżdżę;).
A z tym taksówkarzem farmaceutą - wiesz, że w ogóle mi to nie przyszło do głowy, a to w sumie bardzo prawdopodobne :).
Ściskam:)
Ken G. no tak, no tak i czasami się to przydaje ;).
No widzisz a u mnie byli punkowcy, metalowcy, hippisie i skinheadzi i najlepiej było z kimś sie zbratać;), ale to w czasach, gdy miałam 12-16 lat (czyli 200 lat temu;)), potem, gdy miałam 17 wzwyż (ze 100 lat temu;)) rzeczywiście nastały bardziej czasy "klonów z wystawy". A potem to już nie wiem - wykruszyłam się :D.
Magdaleno, a nawet nie - w sumie podczas jazd po mieście, cały czas chce mi się w taksówkach śmiać. Jedyny moment, gdy mi nie było do śmiechu, to gdy się tak okropnie rozkaszlałam - to bardzo żenujące tak cherlać w takim małym, zamkniętym pomieszczeniu. Ach no i jazda za miasto - tu się realnie bałam, bo choć taksówka była nowa, to oni naprawdę szaleją na tych serpentynach :(.
A ja pozdrawiam serdecznie z zalanej deszczem, zimnej Jordanii, a wczoraj (od 3 dni) była taka piękna wiosna i myślałam, że to już ...
Aniu, no to fajnie:), a tu jeszcze niżej Baraka dopisała kilka ważnych uwag.
Targowania można się nauczyć - ja też nie umiałam i nie lubiłam, ale jakoś weszło mi w krew, chociaż w sumie rzadko targuję się ja, częściej mąż. Zdecydowanie łatwiej targować się, gdy wiesz, że ceny mogą być zawyżone i, że to jest przyjęte, a w Jordanii - jest, więc pamiętaj o tym i może nie będzie tak trudno :)
Najserdeczniej pozdrawiam,
ps. pisałam z zamiarem, żeby było w miarę zabawnie, bo takie były te sytuacje - jak śmiech do łez, no to się bardzo cieszę:)
Baraka, pewnie masz rację, choć baaardzo trudno wyczuć, kto akurat wraca z kursu, szczególnie, gdy łapie się taksówkę jadącą zatłoczoną ulicą. Myślę, że to kwestia szczęścia, by trafić na kogoś takiego i w dodatku, że będzie wobec nas szczery i uczciwy w sposób w jaki był ten "wasz" taksówkarz :).
No to prawda - naciągają, ale w sumie ja staram się ich zrozumieć, bo każdy kij ma dwa końce. Nie dotyczy to tylko taksówek, ale zostając przy tym temacie ... Ludzie tutaj często sprzedają cały majątek, dorobek życia, żeby kupić taksówkę, bo to pewna inwestycja (że będzie klient), choć bardzo kosztowna. Żeby mieć w Jordanii taksówkę, trzeba zapłacić za samochód minimum 100 tyś złotych i za licencję od 150 do 250 tyś. złotych w zależności od miasta. Za takie pieniądze można tu postawić piękny dom. Ogromne kwoty, a stawki za kursy bardzo niskie, więc turyści to jedyna szansa, żeby się trochę odkuć. Taksówkarze wiedzą, że stawki w Jordanii są bardzo niskie w stosunku do stawek w Europie, więc mają nadzieję, że nie zszokują turysty proponując stawkę jak w jego kraju lub nawet wciąż nieco niższą. Jeśli ktoś nieświadomy tutejszych stawek, usłyszy kwotę zbliżoną do stawek w swoim kraju (lub trochę niższą), nie będzie się sprzeciwiał. Świadomy - czuje się naciągany. Dlatego ja uznaję tę podwójną stawkę - wilk syty i owca cała, powyżej podwójnej - stawiam czynny opór;).
Dlaczego mieszkańcy też oszukują czy powiedzmy trzymają sztamę z taksówkarzami? Niektórzy klepią biedę, naprawdę. Mogą mieć umowę z taksówkarzem, że jeśli narają mu dobrego klienta - ten odpali im dinara czy dwa i będą mieli na obiad dla kilkorga dzieci. Może jestem zbyt wyrozumiała, ale no tak właśnie czuję - że jeśli stawka nie przekracza jakichś norm przyzwoitości (3-10-krotnie wyższa niż normalnie) - nie walczę, a mówię to i jako mieszkaniec Jordanii i jako osoba, która też kiedyś tu poruszała się taksówkami w roli turystki:). Reasumując (jest to uwaga natury ogólnej): myślę, że znając wszystkie fakty (ceny dla tubylców vide ich zarobki oraz koszt posiadania taksówki w Jordanii) należy jednak przyjąć, że stawki dla tubylców są inne niż dla turystów i tak jak napisałam - targować się, ale nie oburzać kilkoma dodatkowymi dinarami :). Oczywiście każdy postąpi zgodnie ze swoimi przekonaniami:). Ale wszędzie zarabia się na turyście (nad polskim morzem w sezonie na turyście polskim dwukrotnie, a nad tym z Europy Zachodniej - kilkakrotnie) i chyba trzeba się z tym pogodzić. Oczywiście, jeśli taksówkarz jest skromny i proponuje tutejszą stawkę - należy się cieszyć, że tanio i, że się miało szczęście na takiego trafić:). My w takich wypadkach (a nas też próbują naciągać w jordańskich miejscowościach turystycznych) - dajemy "napiwek".
Kontrasty, sprzeczności, niespójność - tak! Bo Jordania to w całości kraj ogromnych kontrastów i sprzeczności:).
Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz dziękuję za uwagi:)
Owieca, no nas ten 'hipis' też totalnie zaskoczył:), bo jak pisałam - tutaj takich i innych tym podobnych typów raczej się nie widuje. To nie jest Camden Town;). Z drugiej strony to jest mój wymysł z tym hipisem (moje skojarzenie jak pisałam w poście) - może facet w ogóle w życiu nie słyszało hipisach (z tego co się orientuję większość ludzi nie słyszała o hipisach i o wielu innych rzeczach :)), a po prostu lubi mieć długie włosy i lenonki na nosie. Rozklekotana taksówka jako skutek nieprzywiązywanie wagi do wartości materialnych, to już proste skojarzenie, ale niejeden typowy tubylec z czarnymi wąsiskami też wozi ludzi rozklekotanym wozem;). No a może faktycznie mieszkał kiedyś gdzieś i przyłączył do hipisów, wrócił, ale tak mu zostało? Nie wiem - pytać nie mogłam (niestety;)).
Z tym śmiechem jest tak, że niektóre kobiety w miejscach publicznych się śmieją, ale ja jestem "z prowincji" i mnie dotyczą te bardzo "strict" zasady. W domu zapuszczam za to salwy, aż miło - również przy facetach z rodziny męża;) (no bo bez przesady!).
Uściski:)
Ps. Owieca ale ci fajnie z tym gwizdaniem na palcach i bekaniem - zdolna bestia!:D
Amisha, BARDZO Cię przepraszam, że opuściłam Twój komentarz - pisałam u Ciebie i miałam zwid, że u mnie Ciebie nie było:D.
Muszę się zgodzić w sprawie wesołej polskiej duszy :), tego się nie da wyeliminować, zresztą po co - byłoby smutniej:), a islam wcale nie jest smutny:), tylko nie wszystko wszędzie przystoi, ot co:).
"Też nie umiem gwizdać na palcach i żałuję. Ale nie umiem wielu rzeczy i żyję." - to dokładnie tak, jak ja:). Mój mąz próbuje mnie nauczyć, ale ja jestem przypadkiem beznadziejnym, no niewyuczalna w tym zakresie,
n i e w y u c z a l n a :).
Dziękujemy, oby tak właśnie było dopóki-śmy na nie skazani, chociaż przy ewidentnych minusach braku swojego środka transportu, jest też wiele wiele plusów:).
Jeszcze tego brak, byś mnie przepraszała, że niby komentarz opuściłaś! Doprowadzam Cię do porządku - Porządna Matko! Po pierwsze - nie opuściłaś przecież! Po drugie - ja na necie często, ale miewam przerwy i czasem nie jestem na bieżąco z niczym. Ja czasem nawet nie jestem w stanie odpowiedzieć na każdy koment u mnie - co dopiero śledzić odpowiedzi na moje u kogoś! Staram się jak mogę, ale czasem nie wyrabiam.
Więc Mamo Ammara - ja nawet nie oczekuję od nikogo odpowiedzi. Komentarz nie musi zobowiązywać. Ale ja wiem... chce się i napisać i poczytać i odpowiedzieć... Żeby tylko człek miał więcej głów i rąk. I czasu.
No. Więc wiadomo w czym rzecz.
A Ty to i tak jesteś niepobita - zawsze odpiszesz każdemu. No, nie tylko Ty - są i inni. Ale ja - choć staram się i często z "ogonem" - czasem nie nadążam.....
Aha - weryfkacja obrazkowa doprowadza mnie do łez. Zwłaszcza ta unowocześniona.. Nie tylko u Ciebie. Blogger sobie newsa wprowadził. A niech go!
Amishko :) no opublikować opublikowałam, ale nie odpowiedziałam w kolejności, a staram się, żeby nikt nie czuł się pomijany, omijany czy też deprecjonowany. Dziękuję jednak za wyrozumiałość, zresztą czegóż innego mogłam się po Tobie spodziewać:).
Przykro mi, że weryfikacja męczy, ale kiedy na jakiś czas ją usunęłam, dostawałam tyle spamu (nie niefajnych komentarzy - bo tych jest na szczęście niewiele, ale spamu czystego), że z kolei ja nie wyrabiałam i zalewałam się łzami, szczególnie, że jak widzisz bywa, że "czystych" komentarzy mam naprawdę sporo, więc gdy do tego dochodzi drugie tyle spamu - nie ogarniam :(. Jak nie możesz odczytać liter to odśwież (chyba, że już tak robisz) - ja tak robię, aż pojawią się jakieś czytelne ...
Wiesz, Mamo Ammara, że ze mną to możesz jak z miotłą - gdzie rzucisz tam poleży i się nie nastroszy he he. Poza tym - znam Cię i ja wiem, że Ty ZAWSZE się odnosisz do każdego komentarza. Ja też się staram baaaaardzo, ale czasem nawalam i pewnie dlatego bywam miotełką ;-). I zawsze wybaczam innym takie grzechy. Ale żarty na bok. Teraz poważniej.
Przyznam,że choć trochę uczonam to ... ja nie wiedziałam po co ta weryfikacja obrazkowa jest w rzeczy swojej. Jeśli w celu, o jakim piszesz - będę siedziała w goglach na gałach i stukała znak po znaku. W sumie to żaden wielki wysiłek a denerwacja bardziej, ale jak służy dobremu - melduję się do wykonawstwa. I dziękuję za wyjaśnienie :).
Ale jednak przyznam - nowe obrazki Bloggera są takie a'la z piekiełka rodem - czarne mazuski, brrrr.
Ukłonik na dobranoc :).
Nie, nie mogę :), ale cieszę się, że rozumiesz, mam takie samo podejście do moich komentarzy u innych:).
Tak, bo moderacja komentarzy służy wiadomo czemu - ewentualnemu nie puszczaniu komentarzy niepożądanych. W tym sensie przy moderacji mamy też kontrolę nad spamerskimi komentarzami (same na bloga nie przejdą), a wersyfikacja obrazkowa służy temu, żeby w ogóle nie były do nas wysyłane (na bloga, na maila w formie powiadomień) - są rozsyłane z automatu, gdzie popadnie; jeśli jest weryfikacja - w ogóle nie przejdą. No i wystarczy na ten temat. Nie chciałabym odstraszyć tą weryfikacja komentujących (tak jak nie wymagam konta gmail, żeby komentować), a jednak muszę też chronić się przed spamem w skrzynce i na blogu, więc Tobie już dziękuję za zrozumienie, a innym z góry i z dołu przy okazji również:)
Jak to się mówi - mądrego to i dobrze posłuchać. Uświadomiona więc już jestem mamo Ammarka. Dziękuję :).
Bo ja ... ni spamów ni zbyt złych komentów itepe itede... obym w złe nie wykrakała. Po prostu nie miałam złych doświadczań i stąd czasem guzik wiem. Raz jeszcze dzięki ;-)
O tak, mądra ci ja jestem niesłychanie;). Niemniej skoro ta wiedza zmotywuje Cię do mordowania się z czarnymi - fajnie:)
Nooo obyś nie wykrakała:). To nie jest koniec świata, ale w tym przypadku lepiej nie mieć niż mieć Ja też jeszcze raz dzięki:)
Widać po kim Ammar ma taki urok :) Twój mąż nie dość, że gwiżdże jak nastolatek (dorosłym to chyba rzadko się zdarza) to jeszcze broni twojego komfortu podróży :)
"Kobieta w samochodzie". Nie zapomnę tego. Tylko się zastanawiam...Czy gdyby Ciebie nie było w owej taksówce a taksiarzowi by się zdarzyło powiedzieć co nieco, to Mężu też by tak zareagował? To chyba już tak z mężczyznami jest :) Jeden przedstawiciel opozycyjnej płci i już muszą się zachowywać :)
:))))))) to ja wystawiam fakturę za wygładzanie zmarszczek mimicznych, zwłaszcza "kurzych łapek", które pogłębiają się z każdym Twoim postem :D
pytanie, które mnie nurtuje... co to znaczy "dostać globusa"? i w którym miejscu? czy to przenośnia, czy faktycznie, powinien Cię przeprosić, wręczając lśniący globus? taka Jordańska tradycja? ;)
Mojra :), to straszne, zawsze myślałam, że Ammar odziedziczył urok osobisty po mnie hehe :P. Mąż właśnie nie bardzo gwiżdże skoro znam go 11 lat i pierwszy raz usłyszałam/zobaczyłam, ale jak widać - umie:).
Nie, gdyby mnie nie było w taksówce mąż raczej by dołączył do przekleństw pod adresem niemądrych kierowców, zbyt wąskich ulic i korków - jak pisałam, mąż, jak i Jordańczycy w ogóle, nie oszczędza się w przekleństwach, no tylko przy kobietach nie wypada. Co innego przy własnej żonie, we własnym domu - gdzieś trzeba móc być sobą ;).
Pozdrawiam :-).
itooktheroadlesstravelledby - no dobra 1:1 :D.
A z tym globusem poważnie pytasz, czy mnie podpuszczasz? Ja to znam z powieści E.Orzeszkowej 'Nad Niemnem', w której Emilia Korczyńska dostawała globusa pod wpływem silnych emocji (czyli co chwilę), a w filmie grająca ją Marta Lipińska świetnie zagrała egzaltację i wynikający z niej globus i bardzo zapadło mi to w pamięć. Tylko przez większą część życia myślałam, że to chodzi o ból głowy hehe, a tymczasem: "Globus, gałka (łac. globus hystericus) – zaburzenie czynnościowe przewodu pokarmowego objawiające się wrażeniem obecności ciała obcego albo ściskania w gardle, które ustępuje podczas spożywania pokarmów lub picia płynów." :P
pytałam na poważnie, ale podpuszczałam swoimi przypuszczeniami :) bo wiesz, piszesz czasem takie niesamowite rzeczy, że sobie wyobraziłam przeciętnego Jordańczyka, co chodzi z globusem pod pachą, na wypadek obrazy kobiety.. i te kobiety, co chodzą po ulicy dumnie niosąc przed sobą globus... ;)
przyznaję, Twoje wytłumaczenie ma więcej sensu... ;)
Wiesz co ittrltb :)? A już w nosie mam te bluzy - pisz (jeśli tylko chcesz i możesz), bo ja kocham się śmiać i dzięki Tobie śmieję się więcej:), nie - ja kwiczę o! i polewam się kawą, ale nie szkodzi :D, pisz proszę:)
Witam Ammarkowa Mamo;)
Ja to chciałabym, żeby wszędzie na świecie wplątali w te zimne, zamknięte w ramy tradycje trochę Twojego zwariowanego, radosnego charakteru;)
Historie przezabawne!:)
P.S. : Tak w ogóle to nie puściłabym męża do przodu w aucie;p tradycja i zwyczaje swoją drogą, ale mąż ma być przy moim boku.
W polsce też jest taki zwyczaj... że faceci z przodu, "baba" z tyłu;) a jaaa nie puszczam. a co:) buntowniczka.
Pozdrawiam;)
Gosia
To mnie właśnie tak od 17 roku życia wybiło na "szatanika". Wcześniej byłam szara jak mysz - po części dlatego, że pochodzę ze wsi. Nic nie wiedziałam o świecie póki nie poszłam do szkoły średniej do "dużego miasta". Trochę czasu zajęło mi rozejrzenie się, a potem stwierdziłam, że skoro zawsze czułam, że nie chcę być szaraczkiem (mimo, że nie wiedziałam wcześniej co jest nie tak i czemu nie chcę pasować do innych), to to takie czarne, mroczne i dziwne może do mnie pasować. I pasowało! :))) I dalej pasuje, choć może już się tak mrocznie nie ubieram, to na pewno nie można mnie nazwać modnisią. A muzykę dalej lubię taką jaką lubiłam, tylko moje "mroczne drzewko" wypuściło dużo małych gałązek - słucham praktycznie całego metalu, od najgorszych szarpidrutów po piękny, melodyjny, bogaty muzycznie, mający wiele wspólnego z klasyką gotyk. Rock też może być, a nawet pop - stary, nie dzisiejsze jednosezonowe hitaski :)))
Witam Pani Mamoammara. Dodam jeszcze, że taksówka była wynajęta na cały dzień i oczywiście z wizytą na Świętej Górze. Wypada ewentualnie dodać, iż jazda taxi jest szalenie emocjonująca (była z opowieści mojej rodzinki). Powiedziałbym w stylu "tylko spokojnie nie więcej niż 100km na zakrętach". Dziękuję za pozdrowienia na najfajniejszym blogu o Jordanii. Pozdrawiam.
Grzegorz K. (w tekście G.)
:) miło mi, lubię jak się ludzie śmieją, tudzież kwiczą :)
to umówmy się tak, Ty więcej piszesz, ja więcej komentuję, obie więcej kwiczymy :) ok? :)
z innej beczki
http://nowaatlantyda.com/2012/01/03/kodeks-jordanski-cz-2/
I znowu muszę Was przeprosić - dramatyczny niedoczas i jeszcze wiatry takie, że co chwilę zrywało prąd, a co za tym idzie internet.
Gosiu - dzięki:). A co do męza i taksówki, tutaj jest to tak silnie wkodowane, że nie ma szans, ale w Polsce, choć mieliśmy samochód i użyliśmy taksówki tylko raz, gdy się zepsuł, zapytałam go, gdy zmierzał ku przednim drzwiom: "a ty dokąd? jesteśmy w Polsce, siadasz z tyłu" - bardzo przekornie, bo przecież jak piszesz w Polsce też chłop z przodu, baba z tyłu, ale na taki komentarz można sobie pozwolić, tutaj to byłaby wielka plama na honorze dla nas obojga ;). Pozdrowienia!
Ken G - choć to zupełnie nie są moje klimaty muzyczne, moja siostra, obecnie prawnik i mama dzieciom, była "metalówą", spowitą w czerń (ubrania, pokój) i te dźwięki są mi bardzo dobrze znane :). Metalu nie słucham, za to spowija mnie czerń (oczywiście wyłącznie poza domem) - taki to paradoks ;).
Panie Grzegorzu - ja myślę, że rodzina miała po prostu dużo szczęścia - te 100 USD za taką trasę to jest chyba nawet poniżej stawek, a 100 km/h na zakrętach - znamy, znamy i to też wielkie szczęście, żeby wyjść z tego cało. Pozdrawiam serdecznie jeszcze raz (a podobno najfajniejszego bloga o Jordanii) :)
Itooktheroadlesstraveledby - chciałoby się powiedzieć: no to sobie kwiczmy, z tym , że z pisaniem obfitszym u mnie bardzo krucho buuu, ale za to zawsze mogę sobie pokwiczeć u Ciebie :D
Anonimie - dziękuję za linka - bardzo ciekawe. Słyszałam o tym, ciekawe co z tego wyniknie ...
Hmmm... tak się zastanawiam, dlaczego taki zwyczaj;) no, ale różnie jest na świecie;)
W Polsce znów dziwactwem jest siadanie obok taksówkarza, no chyba, że z tyłu już miejsca brak.
a tak z innej beczki, Mamo Ammara, na pewno znasz przepis na taki prawdziwy falafel;) Podzielisz się? szukam dobrego przepisu, a w internecie każdy inny. Nigdy nie robiłam, a chcę spróbować ;)
Pozdrawiam,
Gosia.
Gosiu, nie wiem, pewnie chodzi o to, że mężczyzna jako przywódca rodziny siada z przodu (a nie z tyłu z żoną) - może to pozostałość po czasach transportu wielbłąziego? ;) Jeśli o to pytasz, bo nie jestem pewna czy zrozumiałam to (być może zresztą retoryczne) pytanie w odpowiednim kontekście :).
Falafel - to prawda jest masa przepisów i tutaj też każda restauracja (no to mocno na wyrost - smażalnia?) robi falafel inaczej, i z każdej inaczej smakuje i pewnie Cię rozczaruję, ale my falafel zawsze kupujemy, a wcale nie tak często, bo jedyny, który smakuje mężowi jest niedaleko jego domu na prowincji czyli kupuje go tylko, gdy tam jest.A ja jadłam falafel tylko w pierwszym roku życia tutaj, wydawał mi się ciekawy i smaczny, aż mi się przejadł ;) ,no więc nie robimy falafela w domu i nie mam żadnego przepisu (ze dwa razy robiliśmy ale przepisu nie mam - ot, na oko z mielonego humusu i paru przypraw) .. wybaczysz? :)
No wybaczę ;) hehe
ale troszkę się czuję zawiedziona, bo myślałam, że zrobię taki PRAWDZIWY!:)
Gosia
Gosiu, przykro mi, że Cię zawiodłam, ale widzisz to jest tak, że jak za 2 czy 3 PLN możesz kupić gotowe 20 kulek falafela, to raczej nie robisz go w domu. To jest moczenie i mielenie humusu, doprawianie (może nie wyjść tak dobrze jak w restauracji), a potem smażenie na głębokim oleju i smród smażeniny w całym domu przez 2 dni ;).
I tak samo jest np. z arabskimi słodyczami - po co robić je w domu, skoro na każdym rogu można je kupić; analogicznie ja bym mogła prosić w PL o przepis na ser gouda albo na czekoladę wedla, ale po co skoro prościej (o wiele) pójść i to kupić na rogu. Rozumiesz mnie odrobin(k)ę? Mam nadzieję że tak :)
Ale jak bardzo chcesz to mogę zapytać brata męża - on kocha siedzieć w kuchni i gotuje, bo lubi, nawet falafel (do którego [do smażalni] ma 7 i pół kroku w kapciach), smaży, bo lubi. No więc zapytam co tam dokładnie (bo mniej więcej to wiem;)) trzeba dać i w jakich proporcjach, chcesz? chcesz? Ale chwilę to zajmie, wytrzymasz? Mogę Ci nawet w ramach zadośćuczynienia za poniesione straty moralne przywieść przyprawy do falafela i podesłać - no ale to musisz poczekać do lata, wytrzymasz? :-). Lepszych pomysłów nie mam :-)
Rozumiem ;)
oooo jaaaaaaa!!! ależ mnie zaskoczyłaś;) Ja wszystko chcę;)
Pozdrawiam całą rodzinkę Ammarkową;*
Gosia
A zatem pędzę do kartki "do zrobienia" (dot. zdobycia przepisu) i tworzę nową (tak wcześnie jeszcze nie było;)): "Na Polskę" (dot. przypraw do falafela), bym nie zapomniała, no a w stosownym czasie poproszę o adres koleżanki ;), ale to jeszcze wiele miesięcy upłynie - to ta gorsza wiadomość;).
Cała Ammarkownia dziękuje i również serdecznie pozdrawia! :-)
Ojeju ;) Toż ja się doczekać nie mogę;)
To ja w odpowiednim czasie poproszę o numer konta abym mogła zwrócić za przesyłkę, przysługę i prawdziwe jordańskie przyprawy.
Gosia.
Tak Gosiu, jasne - wystawię fakturę VAT ;).
Oj Mamciu! Się oko w oko nie znamy, więc nie mogę przyjąć prezentu;p
Gosia
Gosiu, a tej zasady to ja nie znam :P. Gdyby chodziło o coś za 100 no to może ...za 1000 na pewno (no chyba, że bym była krezusem:-)), ale mówimy o groszowych sprawach, więc proszę nie stawiaj czynnego oporu:-), proszę :-).
Mamo Ammara,
świetny opis, z poczuciem humoru i barwnie przedstawiony, jak zresztą cały Twój blog.
Właśnie przeczytałam wszystkie Twoje wpisy i zdecydowaną większość komentarzy. Trochę to trwało, bo lekturę sobie dozowałam, ale warto było.
Twój blog to dla mnie kopalnia wiedzy, bo klimaty arabskie bardzo mnie ostatnio ciekawią. Mimo że mieszkasz w kraju jednak "trochę innym" niż mi przyjdzie przez najbliższy lata mieszkać (KSA), to jednak podobieństwo kultur sprawia, że wiele Twoich obserwacji wykorzystam.
Czekam na nowe wpisy, pozdrawiam gorąco,
Iwona.
Iwono, dziękuję za moc miłych słów:), za czas poświęcony na czytanie bloga... no i cóż pozostaje mi życzyć Ci by te najbliższe lata w KSA były szczęśliwe:). Pozdrawiam serdecznie!
Prześlij komentarz